czwartek, 23 maja 2013

Zdrowie...

Pewnego dnia przychodzisz na świat.
Okazuje się, że tak całkiem zdrowa nie jesteś. 
Rodzisz się z chorymi stopami.
Masz mamę pielęgniarkę, która walczy z systemem zdrowotnym jak lwica.
Nie pomaga, że jest obeznana ze szpitalami, że wie jak robić zastrzyki itd. Dziecko w szpitalu jest same, można być z nim tylko 2 godziny dziennie, nie wieczorem, kiedy trzeba utulić do snu, ukołysać w ramionach i pocałować na dobranoc, lecz w ciągu dnia, po obiedzie. 
System jest bezwględny.
Operacje, jedna po drugiej począwszy od 3 miesiąca życia, szpitale w różnych miastach i strach przed narkozą. Brak mamy i taty, w tak trudnych sytuacjach.
Dziecko już jest dorosłe, w ciągu dotychczasowego życia miało tych operacji... no właśnie ile? 20? może 20. To nie jest istotne ile, ważne, że jeśli spotkasz to dziecko na ulicy nie poznasz, ze przez tyle przeszło.
W między czasie dziecko zakłada swoją własną rodzinę, rodzi własne zdrowe i niczym nie obciążone dzieci, i ciągle cyklicznie operuje swoje stopy. 
Ciągle chce żeby przestały boleć, żeby można było normalnie chodzić.
Dorosłe dziecko ma orzeczenie o niepełnosprawności, pracuje z tego tytułu 7 godzin dziennie, raz w roku przysługuje mu 10 dni urlopu zdrowotnego.
Dziecko nie wykorzystuje tego, że ma problem, że chodzenie czasem boli tak, że aż mdli.
Dziecko w swoim dążeniu do sprawności jedzie do miasta na P. i tam kolejny raz operuje stopę. 
W mieście na P, dziecko dostaje gratis w prezencie bakterię.
Nie gronkowca czy paciorkowca, tylko coś czego w życiu dziecko nie chciało mieć.
Bakteria "wyżera" wszystko co spotyka na swojej drodze, a co śmieszne w swojej okrutności pachnie kredkami świecowymi - tak miło dla nosa.
Dziecko jeździ co tydzień na opatrunki do miasta na P. oddalonego od domu o 200 km, tylko po to, żeby doktorek mógł wyczyścić ranę zakażoną bakterią, żeby mógł wyskrobać tkankę martwiczą szukając czystej kości i pytając nieustannie czy boli.
Dziecko jeździ tak 4 miesiące, w tym czasie będąc oczywiście na zwolnieniu lekarskim.
Dziecko wraca do pracy, o kuli, z koszmarnym zapaleniem stawu, z bólami, obrzękami. 
W ciągu kolejnych 3 lat dziecko ma ta stopę operowaną jeszcze 3 razy. 
Ostatni zabieg w ub. roku nie przynosi oczekiwanego efektu... 
Miało już nie boleć. 
Boli. 
Boli tak, że znów mdli.
Dziecko cierpi, ale stara się żyć normalnie. Uśmiecha się.
Dziecku od przeciążenia wysiada kolano. 
Dziecko chce wziąć 10 dni urlopu zdrowotnego, bo w szynie gipsowej od kostki aż do połowy uda trudno wytrzymać w pracy.
Dziecko prosi o urlop szefa, i słyszy, ze jest jedyną osoba w firmie, która ciągle bierze wolne na zdrowie, że jej nieobecność dezorganizuje prace innych i czy dziecko ma ta świadomość?
Dziecko ze łzami w oczach mówi, że oddałoby chętnie pół życia żeby tylko tego wszystkiego uniknąć. 
A szef, że rozumie, ale praca jest równie ważna..........
Dziecko po raz drugi w życiu poczuło się dyskryminowane ze względu na zdrowie...
Choć minął tydzień od tej przemiłej rozmowy z szefem, dziecku nadal jest przykro...........
 

1 komentarz:

  1. japitole ... czasami pracodawcy są jak bezduszne roboty ... :( smutne to, że ktoś ma za złe Tobie to czego najchetniej byś się sama pozbyła :/

    zdrowia i wytrwałości :*

    OdpowiedzUsuń